Myszkując po internecie natrafiamy na intrygującą reklamę mikstury odchudzającej.
Nie to, że któreś z nas łyknęło te "10 kg w ciągu 4 tygodni", ale Misiek postanawia kupić jedno opakowanie.
Z ciekawości i wewnętrznego zapotrzebowania.
- Może i ty byś jedno sobie kupiła? - pyta patrząc w moją stronę.
- Jakbym miała schudnąć 10 kg w 4 tygodnie, to wiesz ile bym ważyła? 46 kg! Wyobraż sobie jak bym wtedy wyglądała :)
Chwila zastanowienia.
- A nie! To odpada!
Uśmiecham się i ze stoickim spokojem wracam do Obliviona.
Albo z wiekiem robię się coraz mniej kobieca, albo coraz bardziej zadaję kłam powszechnemu (głównie w męskim świecie) wizerunkowi kobiety opartemu o głupiutkie rozchwianie, trzy zwierzęta, deskę rozdzielczą w samochodzie pełną pudrów i szminek, niezdolność do przetrwania bez uwieszenia się na mężczyźnie oraz komunikacji na rzeczowym poziomie.
Pffff!
Też sobie wymyślili ideał ;P
skomentuj (3)
2012-01-27 11:02:40
Wiecie jak jest... ludziom patrzącym z boku dobre rady przychodzą na trzask-prask, a człowiek niby wie, niby doskonale rozumie i się zgadza, a jednak nie umie /nie ma siły / nie chce zastosować.
Wciąż pamiętam Gajowe "Madulku! Na litość! Ile można??!" i moje plątanie się w argumentach dlaczego wybieram tak jak wybieram (od czasu naszego ostatniego spotkania i jej sugestii co do mojej natury przynajmniej zaczęłam dostrzegać i rozumieć własny sposób reagowania ;P).
No właśnie!
Ile można?
Zwłaszcza gdy nie czuje się w głębi masochistyczną ofiarą i naprawdę chce się pewne układy uporządkować, a pewne schematy przekierunkować.
I dlaczego to wszystko musi tyle trwać?
Miałam czas sobie nad tym pomyśleć :)
I już rozumiem.
Częściowo rozumiałam już dawno (pisząc kilka lat temu notkę o walce z wiatrakami), ale teraz rozumiem trochę więcej.
Oczywiście brakuje mi jeszcze kilku składników uzdrawiającej recepty, ale... jestem na dobrym tropie :D
Primo - nie jestem Antosiem Pye, więc żeby stawać się coraz lepszą/mądrzejszą potrzebuję marchewki a nie kija (stawianie oporu i brak zrozumienia bardzo często działają na mnie jak uderzenia kijem).
Secundo - jestem INTROWERTYKIEM i to jest BARDZO ważne, gdyż:
- z natury potrzebuję unikać konfliktów, więc jako introwertyk nie wyrwę kija, nie uderzę, żeby pokazać, że nie podoba mi się ta metoda, nie zrobię awantury wiedząc, że ktoś ma dobre intencje tylko albo zacznę unikać osoby z kijem albo unikać tematów, które kogoś prowokują do jego wyjęcia albo będę kombinować dyplomatycznie co mogę zrobić, żeby ktoś odłożył kij.
Takiego zachowania niestety nie można nazwać wyraźnym zasygnalizowaniem otoczeniu, że czegoś nie chcę, a wielu ludzi - z różnych powodów - nie ma daru subtelnego i szczegółowego przyglądania się innym (zwłaszcza przy braku zaangażowania w drugą osobę) i bez wyraźnego DOŚĆ nie potrafi nic zmienić.
Czyli najkrótsza droga i najszybszy sposób odpada (wierzcie mi - przepraszanie ze łzami w oczach kogoś, komu się przywaliło i samobiczowanie jest żałosne plus dopiero wprowadza chaos!)
- ludzki system odczuwania sprawia, iż najbardziej OSOBISTE przekonania/ blokady/lęki są w człowieka wrośnięte. Są z nim połączone super-unerwioną pępowiną. Nikt z zewnątrz nie jest w stanie tego poczuć - tak jak nikt z zewnątrz poza kobietą w ciąży nie jest w stanie poczuć jej interakcji z płodem.
I tak jak w przypadku płodu - naturalnym sposobem rozłączenia tych dwóch ciał jest poród, a nie zabicie płodu ciosem z zewnątrz.
Zmiana musi przyjść od środka.
W odpowiednim czasie.
Plus w odpowiednich warunkach.
Inaczej możemy się nastawiać na niepożądane efekty uboczne, komplikacje, trwałe uszkodzenia itd.
Tyle, że ekstrawertycy czerpią z zewnątrz... powiedzmy, że "substancje przyspieszające dojrzewanie", a introwertycy muszą je sami z siebie wyprodukować, co jest zdecydowanie bardziej długotrwałym procesem.
Ekstrawertycy częściej tworzą odpowiednie warunki wybierając z tego co mają wokół, a introwertycy je... powołują do życia (kurcze, jak trudno mi znaleźć odpowiednie określenia!).
Czyli mamy zwiększone zapotrzebowanie na czas.
Nie mówię, że introwerykom jest trudniej - oni po prostu mają inaczej.
Potrzebują czekać dłużej, bardziej się napracować i działać ostrożniej.
Nie mogą walnąc na odlew ani wypchnąć dopóki nie są na to gotowi: na własną agresję i na cudzą reakcję (a agresja ZAWSZE jest dla introwertyka niesamowicie ciężka do zniesienia psychicznie - i własna i drugiej strony).
Nie potrafią olać ani zostawić bo większość zmian okupują długotrwałą potrzebą oswajania się z ich efektem.
Oni muszą doCZEKAĆ.
WyCZEKAĆ na odpowiedni moment.
CZEKAĆ.
Taka ich natura.
Dlatego zwiększona wytrzymałość jest ich naturalnym atrybutem :D
Przynajmniej ja to tak widzę - nie mówię autorytarnie, że tak jest :D
A niezrozumienie chyba boli tak samo obie strony ;P
skomentuj (1)
2012-01-26 13:58:52
Trochę chorowałam, więc od środy do niedzieli w zasadzie nie wychodziłam z domu.
Miałam OCEANY przemyśleń (jedno z nich o tym, żeby zamknać bloga, ale... jak to kiedyś mawiano "jeść, pić nie prosi, to co mi szkodzi?" ; poza tym moje pisanie - niepisanie faluje, więc co mam sobie zamykać furtkę?).
Trochę pograłam.
Wywołałam kolejną rewolucję (w ramach Antosiowych klapsów) i wiecie co?
DOBRZE MI Z TYM!!!
Ja to jednak siebie znam - wiem na co (i dlaczego) potrzebuję duuuuuuuuużo czasu, co mogę zmienić na pstryk, czego lepiej, żebym jeszcze nie tykała, a co chcę oszczędzić.
W prywatnych labiryntach (im człowiek jest empatyczniejszy tym ma bardziej skomplikowany labirynt ;P) coraz szybciej odnajduję wyjście.
Hmmmm... może dlatego w oczach innych mogę mieć coraz więcej ze szczura?
A niech mam! Najważniejsze jest, żeby znaleźć wyjście.
I zrzucić dobijający balast ;P
Z wiekiem robię się coraz bardziej samotnicza.
Tak to jest kiedy inni dają ci się za mocno we znaki.
Rzecz w tym, żeby nie dążyć do ich unicestwienia, ale do osiągnięcia równowagi w przepływie :)
ZWŁASZCZA, gdy -dziestoletnie akumulatory sugerują jej ostre zaburzenia.
Uczę się.
Wciąż się uczę.
I to jest ...... mrrrrrrrrrrrrr - nawet jeśli czasem cholernie boli :D
skomentuj (0)
2012-01-25 09:09:12
W świecie faktów nie jest ważne KTO coś mówi, tylko ile jest prawdy w jego słowach.
W świecie intryg nie jest ważna prawda, tylko jak wielkie mówiący ma poparcie vel wpływy.
W świecie emocji nie są ważne ani prawda ani poparcie - jedynie nasza prywatna sympatia lub antypatia do mówiącej osoby.
Czasem nie trawię rzeczywistości opartej na kilku światach.
Czasem uważam, że nic bardziej nie nadaje życiu smaku i wielowymiarowości niż właśnie taka składanka.
skomentuj (0)
2012-01-17 08:30:47
radość z życia
i chęć do działania.
Wraca wraz z niesamowicie rzeczowym przyglądaniem się rzeczywistości i wyciąganiem wniosków bez samooceniania np.
- jeśli ma się w domu dwa koty, które notorycznie wychodzą do ogrodu i gdzie tylko zechcą, to przy aktualnej pogodzie oznacza to permanentne, intensywne nanoszenie do domu błota, piachu, robienia mokrych / brudnych plam itp.
- jeśli żyje się pod jednym dachem z ludźmi, których świat wewnętrzny pochałania na tyle, żeby nie dostrzegać (a przynajmniej nie robić problemu z tego), że rozchlapali herbatę wyjmując ze szklanki torebkę / nakruszyli krojąc pieczywo / rozsypali cośtam przesypując to do większego pojemnika / nie odnieśli do kuchni (o zmywaniu nie wspomnę) miseczki z łupinami / szklanki po soku, skończyła się rolka papieru w ubikacji / szampon w butelce i dobrze by było je wyrzucić itd.
- jeśli ma się nadpobudliwego psa kursującego swobodnie non-stop po trasie "sieni - piaszczyste (vel błotniste) podwórko lub okolica" , znoszącego pod schody cokolwiek mu wpadnie w zęby np. śmieci z rozerwanego worka porzuconego niedbale przez kogośtam, albo coś ze stosu poremontowego usypanego na podwórku oraz odgryzającego po kawałku kołdrę, którą mu wymościliśmy pseudo-budę itd.
- jeśli mieszka się w starusieńkim domu budowanym bez fundamentów na podmokłych terenach (I MIEJSCAMI GLINIE!), wytapetowanym od środka, o deskach moooooocno nadgryzionych zębem czasu itp.
to naprawdę niewiele trzeba, żeby z każdego kąta łypała na człowieka wilgoć, zbierały się pajęczyny, roznosiło się błocko, robiły plamy itd.
CO WCALE NIE ZNACZY, ŻE JESTEM GOSPODYNIĄ DO *@^#, BO MAM W DOMU WIECZNIE BRUDNO!!!
Wierzcie mi, że żeby ogarnąć to wszystko i utrzymać stan czystości musiałabym się zaharowywać na śmierć.
24 godziny na dobę.
Bo ja jestem jedna, a źródeł i nosicieli brudu jest o wiele, wiele więcej.
Taki jest stan faktyczny.
I uczę się z tym godzić.
Bez oceniania siebie przez pryzmat efektów działalności... powiedzmy, że "zewnętrznej".
Próby opanowania tego bałaganu odpuściłam sobie już dawno, ale wyrzutów sumienia, że pozwalam się domowi tak zapuścić (czytajcie: pozwalam sobie tak dom zapuścić) - wciąż jeszcze nie.
Więc osiągnęłam efekt... nawet nie połowiczny, bo ani satysfakcji nie mam ani poczucia ulgi nie doświadczam.
Dlatego uczę się GODZIĆ.
Że jest tak jak jest i to NIE MOJA WINA!
Dwa dni i proszę - energia wraca :)))
skomentuj (0)
2012-01-12 14:40:26
co do czego może doprowadzić
czyli od Mafii do zatykającego dech wzruszenia :)
Bo wiecie...
Gram ja sobię w Mafię. Od kilku miesięcy.
Pnę się w górę (i cała nasza rodzina też), rozwijam się i walczę.
Wpadłam w oko Ojcu Chrzestnemu innej rodziny (oczywiście lepszej ode mnie), że niby taki ze mnie świetny worrior i w ogóle.
Zaczął do mnie pisać. Codziennie parę sympatycznych zdań - żadne tam flirty itp. Po prostu wymiana uprzejmości wskazująca na dużą sympatię.
No i wczoraj jakoś nawiązał do facebooka i konta (którego jak wiadomo od ponad roku w zasadzie nie używam).
Podałam, bo niby dlaczego nie?
Co mi szkodzi poznać hydraulika spod Mediolanu???
Wysłał mi zaproszenie do znajomych i staliśmy się przyjaciółmi od walk ;P
A przy okazji
PRZY OKAZJI
wchodząc na swoje opuszczone konto
znalazłam wpis Najbliższej
z PAŹDZIERNIKA 2011 (mówiłam, że nie zaglądam...)
odsyłający mnie do następnego tekstu:
Bądźcie pozdrowieni, Nadwrażliwi
za waszą czułość w nieczułości świata, za niepewność - wśród jego pewności
za to, że odczuwacie innych tak jak siebie samych zarażając się każdym bólem
za lęk przed światem, jego ślepą pewnością, która nie ma dna
za potrzebę oczyszczania rąk z niewidzialnego nawet brudu ziemi
bądźcie pozdrowieni.
Bądźcie pozdrowieni, Nadwrażliwi
za wasz lęk przed absurdem istnienia
i delikatność niemówienia innym tego co w nich widzicie
za niezaradność w rzeczach zwykłych i umiejętność obcowania z niezwykłością
za realizm transcendentalny i brak realizmu życiowego,
za nieprzystosowanie do tego co jest a
przystosowanie do tego co być powinno
za to co nieskończone - nieznane - niewypowiedziane
ukryte w was.
Bądźcie pozdrowieni, Nadwrażliwi
za waszą twórczość i ekstazę
za wasze zachłanne przyjaźnie, miłość i lęk
że miłość mogłaby umrzeć jeszcze przed wami.
Bądźcie pozdrowieni
za wasze uzdolnienia - nigdy nie wykorzystane -
(niedocenianie waszej wielkości nie pozwoli
poznać wielkości tych, co przyjdą po was)
za to, że chcą was zmieniać zamiast naśladować
że jesteście leczeni zamiast leczyć świat
za waszą boską moc niszczoną przez zwierzęcą siłę
za niezwykłość i samotność waszych dróg
bądźcie pozdrowieni, Nadwrażliwi.
Przesłanie Kazimierza Dąbrowskiego. Autora teorii dezintegracji pozytywnej i wybitnego psychologa.
Oczy mi się zaszkliły
ze względu na tekst i komentarz Najbliższej :)))
Pomyśleć, że gdyby nie "głupia gierka" i ciekawość kogośtam skądśtam być może nigdy bym tego tekstu nie przeczytała...
skomentuj (0)
2012-01-11 09:12:32
Rany Julek jak ten czas pędzi!
A co u mnie?
Kilka wydarzeń
mnóstwo przemyśleń
i zero chęci do ich spisywania.
Kompletne wycofanie towarzyskie.
OBLIVION rządzi i bardzo skutecznie wyciąga ze mnie natłok zmartwień.
Sny mam dziwne.
Chwilami bardzo niespokojne.
Dziś na przykład wyglądaliśmy nadchodzącej fali tsunami.
Coś mi się wydaje, że to może być bardzo symboliczny sen.
Być może pozwolę wreszcie utonąć tej części siebie, która nie umie pływać.
A nowa "Ja" pójdzie nową drogą, która nie będzie na każdym kroku przesiąknięta hasłami "Dam ci szansę" (kimkolwiek ten/ta "ci" by nie był) tylko będzie rozsiewać sygnały "Spójrz jakie życie jest piękne!".
Kończy mi się limit empatii dla malkontentów (którą odreagowuję warczeniem i odpędzaniem innych miotłą od siebie)
ignorantów (którą odreagowuję frustracją i przegrzewaniem obwodów)
gburów (którą odreagowuję agresją słowną)
i niezaradnych (którą odreagowuję przemęczeniem).
Ojjjjjjjjj jaka ja się okażę niedobra kiedy tylko odmówię pomocy w utrzymywaniu przy życiu tych cech!
Już jestem nie do wytrzymania, a to dopiero początek mówienia przeze mnie "NIE" i odmawiania współpracy.
Muszę tylko nazbierać dość energii żeby przetrzymać odrzucenie otoczenia, bo narazie jeszcze nie dam temu rady.
Ale nazbieram.
Jakem Niedoskonała.
Nazbieram i kurna chata zacznę rewolucję!
ANTOSIU PYE! W KOŃCU CI SOLIDNIE WKROJĘ!!!
I to nie dlatego, że jestem znerwicowana, agresywna i nieobliczalna (BO NIE JESTEM!) ani nie dlatego, że lubię bić małych chłopców tylko dlatego, że bardzo się tego domagasz, a mi zależy na tobie na tyle, żeby spełnić twoją prośbę!
Cóż... skoro bez tego nie dasz rady zgodnie funkcjonować, a nie chcesz mnie zostawić w spokoju... mówi się trudno... ;PPP
Chcesz? To będziesz miał.
skomentuj (0)
2012-01-09 14:55:27
I TO JAK!
Pomijając fakt, że do ok. 19:00 był zmienny niczym pogoda w Irlandii (że też można w jeden dzień przejść taką amplitudę), to ogólnie mogę stwierdzić, że był WYJĄTKOWO, NIEPRZEWIDYWALNIE UDANY :D
Co prawda pomysł, żeby uatrakcyjnić Kreseczce i jej przyjaciółce imprezę wejściem na dach letniej kuchni i oglądaniem z niego o północy fajerwerków (uwierzycie, że to był mój pomysł????) okazał się głupotą do potęgi N-tej przemnożonej przez kolejne N, ale jakby co - bedę miała co wspominać do końca życia.
O ile w samym wejściu na dach nie widziałam nic złego - o tyle fakt, że okazał się on kompletnie oblodzony (oczywiście dopiero po wejściu), a był lekkuchno spadzisty - przysporzył mi kolejnych siwych włosów.
Tak - plułam sobie w brodę w sekundę po byciu na szczycie :(
Profilaktycznie kazałam dziewczynom siedzieć, bo na stojąco mogłyby zjechać niekontrolowanie w dół.
Do drabiny pełzałyśmy na czworaka (Misiek jak zwykle zgrywał chojraka), a samo zejście mogę śmiało nazwać traumą 2012.
Ciemność, wąziutka, metalowa drabina plus mój lęk wysokości i ślizganie się stóp przy krawędzi dachu.
Dziękuję Ci Essi Dżonson!
Doprawdy - za nic nie chcę tego NIGDY powtarzać!
Plusy tej sytuacji?
Dziewczyny przeszczęśliwe, bo - jak stwierdziły - chyba nikt z ich znajomych nie miał takich atrakcji.
Adrenalina u wszystkich osiągnęła poziom prawie maksymalny ;P
Ja przestałam drżeć po ok 15 minutach, a radość z faktu, że wszystko skończyło się bez szwanku wytańcowywałyśmy wspólnie przez jakąś godzinę :)))
Spać nie mogłam jeszcze przez dwie następne, ale w domu cieszyłam się życiem, ciepłem, bezpieczeństwem, a nawet dziurawą wykładziną tak bardzo jak już dawno nie :D
Moja radość zniknęła dopiero wczoraj wieczorem, ale to już inna bajka, która z Sylwestrem nie miała nic wspólnego.
SPOKOJNEGO NOWEGO ROKU WSZYSTKIM ŻYCZĘ!
skomentuj (0)
2012-01-02 11:47:25
że wygrać z innym - wbrew pozorom - nie jest tak trudno.
Najtrudniej jest wygrać z samym sobą.
I ja się pod tym podpisuję.
Wygrać z własnym "nie mam ochoty" / "nie lubię" / "nie opłaca mi się" / "nie interesuje mnie" / "nie podoba mi się" / "nie podaruję" / "nie życzę sobie" / "nie mam zamiaru" w chwilach gdy każde z tych haseł świadczy co najwyżej o egoistycznej, księżniczkowatej ignoracji rzeczywistości
TO JEST DOPIERO COŚ!!!
skomentuj (0)
2011-12-29 11:56:53
Moja ulubiona stacja akurat dziś na temat audycji wybrała "prowadzenie własnego biznesu".
Słucham wypowiedzi rozmówców i z minuty na minutę coraz bardziej mi się jeżą włosy na głowie.
Jeżą i siwieją.
Kochane życie - CO TO MA BYĆ?
STALOWY TARAN WYMIERZONY W BRAMĘ CHRONIĄCĄ OSTATNI BASTION OPTYMIZMU?????
DLACZEGO?????
Dlaczego mi to robisz?
I to teraz?
(prawda, że brzmi melodramatycznie? ;P)
Sprawdzasz mój udźwig psychiczny?
Jeśli tak, to uważaj, bo po przekroczeniu pewnej granicy robię się jak mithril.
Odporna na wszystko.
I równie nieczuła (w końcu coś za coś).
Ps. Ale nie martwcie się o mnie, bo wciąż jestem z Feniksów ;P
I z tych, którym jak zgasisz Słońce, to zaczną się zachwycać gwiazdami ;)
Potrzebuję tylko trochę czasu, żeby przyzwyczaić oczy ;P
skomentuj (0)
2011-12-28 12:45:41
|