What man is a man who does not make the world better?
 

Księga
Płomienia


Dotkniesz?



Ścieżki:

Pointer Sisters
Ziemia
Ogień

Światło
Bratt

Tworzywo
Subtelna
Ais Kobiecość w tańcu

Książki
Lektorka
ael
leonfreon

Obrazy
yours
Yes Sir
Gruba pierwsza klasa!
pierwsza
cloudy
gogenzola

Drzwi
Alicja
sarahh

Fundamenty
Oczy jak gwiazdy
Iza i Robert
manareze
mlodamezatka

Ściany
Czujesz to?
sheena
discort

Okna
Nina2

Dom
Ludzik :)


Z popielnika:

2012
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2011
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2010
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2009
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2004
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2003
grudzień
listopad
październik
wrzesień

Szkatułka

W szufladzie mam maleńką szkatułkę, w  której trzymam złote pierścionki - moje, po babci i po mamie.
Pierścionków jest 11: większe, mniejsze, z oczkiem, bez - do wyboru do koloru.
Wczoraj wieczorem w rozmowie z Kreseczką jakoś zeszło na pierścionki (bo Kreseczka w przeciwieństwie do mnie bardzo lubi mieć na palcach metale szlachetne), więc postanowiłam pokazać córce czym w tej kwestii dysponuję.
W ciągu kilku sekund wyciągnęła dwa złote kółeczka stwierdzając: ZDECYDOWANIE TE!

Pierwszym była obrączka mojej mamy.
Drugim - jej ukochany pierścionek z maleńkim brylancikiem.
Tylko tych dwóch NIGDY nie zdejmowała.

Poczułam jak zalewa mnie fala ciepła i uśmiechnęłam się tajemniczo.
Chwilę później wytłumaczyłam jej swoją reakcję, co wywołało lekką konsternację na jej twarzy.
Obie pomyślałyśmy o mnichach buddyjskich.
COŚ się stało. COŚ poczułyśmy. Tylko trudno to ubrać w słowa...
:)))
skomentuj (0)
2012-05-21 08:42:26

Nie mam czasu pisać notek

Norrrrrmalnie nie mam ;)

Zdecydowanie BARDZO sobie wzięłam do serca Gajowe mądre rady na temat współistnienia z Miśkami i zaczęłam sobie organizować czas w sposób nie wymagający ich obecności.
Coraz więcej tańczę (zajęcia już mam 2 razy w tygodniu)
coraz chętniej się komunikuję z bardzo-fajnymi-ludźmi (naprawdę udało mi się skompletować świetną mafijną rodzinę)
coraz lepiej walczę (Mafia rules! Jesteśmy już na 3 miejscu w Europie ;P)
coraz częściej czytam (akurat przy trylogii Larssona to żadna sztuka)
a przez to coraz rzadziej się ścinamy w stadzie ;P

A że nie ma nic darmo, to i coraz rzadziej sprzątam, piorę i gotuję.
Zgadnijcie komu to najbardziej przeszkadza?
Oczywiście że mi! W końcu jak to świadczy o mnie jako o gospodyni ?
No ale cóż... nie można mieć wszystkiego ;PPP
skomentuj (0)
2012-05-15 19:30:32

Cytat na dziś

z porannego wywiadu z Doradcą Prezydenta w Trójce:
"Można konia doprowadzić do wodopoju, ale nie można go zmusić do tego, żeby pił."

Jak zwykle odcinam politykę pozostawiajac czystą mądrość tych słów.
skomentuj (0)
2012-05-08 11:24:41

Po drugiej stronie lustra

Uderzyło mnie wczoraj pewne - dość nowe dla mnie - spostrzeżenie.
Że etapy życia są jak... lustro.

Najpierw jest się dzieckiem, później przechodzi się w etap matki - TAFLA - nie wiedzieć kiedy stajesz się matką własnych rodziców, a na koniec znów jesteś zależny i coraz bardziej niesamodzielny jak dziecko.

Oczywiście nie u wszystkich, nie zawsze wszystkie etapy występują, ale jeśli się żyje wystarczająco długo (i w miarę "normalnie") to można przejść przez wszystkie.

Jestem w tafli, ale coraz częściej dociera do mnie zapach powietrza z drugiej strony.
Czy się boję? Nie.
Ale skłamałabym, że myśl o zmianie strony jest dla mnie czymś lekkim (zwłaszcza gdy ma się niezależną naturę i nie zawsze cierpliwy temperament).
Powoli czas się oswajać z tematem.

OSWAJANIE SIĘ - cóż za cudowna zdolność psychiki :)))
Pomoc, z której tak niewielu z nas chce korzystać.
A przecież ucieczka zamydla oczy na tak krótko...

Zawsze wolałam to, co trwalsze ;P
skomentuj (0)
2012-05-08 09:57:42

Pierwszy test

po przeczytaniu Kummera i telefonie wykonanym do US.
MAM MYŚLEĆ POZYTYWNIE.
Afirmacja: Ale super, że dostanę zwrot na dniach!!!
Bo go dostanę.
I zdążę przed osiemnastym wszystko pozałatwiać tak jak chcę :D

Trudne to - zwłaszcza, że nikt nic nie wie (poza tym, że wniosek był złożony na początku marca i jest przyjęty przez system jako poprawny).
... Nie jest jeszcze zaakceptowany proszę pani... Naprawdę nie wiem dlaczego ani kiedy będzie... Mamy trzy miesiące... Proszę czekać...

Niech Wam będzie - zaczekam te DWA dni :)))
skomentuj (0)
2012-05-07 15:22:57

Mały błąd

W sobotę popołudniu zaczęłam (wreszcie) MILLENIUM.
Biorąc pod uwagę fakt, że pełnia nie dała mi spać z soboty na niedzielę i się przewracałam w łóżku chyba do 3:00, wczoraj miałam dyżur od 5:30, coby dopilnować pięknego księżyca w chwili X i już nie mogłam zasnąć, a dziś rano normalnie zaczęłam tydzień pracy - to NIE BYŁO MĄDRE POSUNIĘCIE.
Ledwo siedzę, powieki mi się otwierają na kilka milimetrów, a Kalle Blomkvist właśnie znalazł kobietę, która robiła TE zdjęcia.
Czujecie klimat?
:)))
skomentuj (2)
2012-05-07 08:17:11

Coraz bardziej INTRO

Nie piszę, bo czuję, że nie chcę opowiadać (nie, żeby nie było o czym).
Nie wychodzę z domu, bo za gorąco (dziś akurat jestem w pracy, więc mam inne warunki brzegowe).
Nie wydaję pieniędzy, bo... (dziękuję Bogu za to, że oddziela mnie-rozum od wydarzeń na tyle skutecznie, żeby zachować spokój i dystans).

Czytam Kummera.
Oglądam przesadzony czarny bez.
Rozważam i analizuję.
Bawię się w chowanego na przemian z obnażaniem do głębi.
Robiąc co chcę degustuję swoje życie ograniczone do kilku osób i kilku metrów (fakt -  z ogrodem kilkuset).
I tylko co jakiś czas zastanawiam się SKĄD WE MNIE TYLE SPRZECZNOŚCI???
I jak mam je ze sobą pogodzić?
Zwłaszcza, że wiosna jest dla mnie jedną, wielką, energetyzującą pokusą.
?????????
Nic to Baśka.
Znajdziesz sposób i czas - znam cię, to wiem :P

By the way:
Jakby nas i kotów było mało - w naszym pokoju zamieszkał trzmiel.
Nigdy wcześniej nie mieliśmy takiego lokatora (ba! nawet w ogrodzie nie widziałam trzmieli), ale w tym roku - nie wiedzieć dlaczego ani SKĄD - nasz/nasza Ozzy postanowił/a się do nas wprowadzić.
Wlatuje i wylatuje kilka razy dziennie.
Jak nie daje rady się przedostać przez zasuniętą firankę, to się zaczyna awanturować (czytajcie: intensywniej brzęczeć).
A wieczorem, gdy za oknem robi się ciemno i chłodno przelatuje przez pokój kierując się ku kącikowi, w którym stoi Miśkowe łóżko do masażu, ląduje w okolicy fotela bujanego i piechotą udaje się w bliżej nam nieznanym kierunku na spoczynek.

No i tak sobie żyjemy.
skomentuj (0)
2012-05-04 13:51:31

Nabuzowani

Nie ma to jak od rana być świadkiem kilku kłótni :(
Atmosfera zrobiła się gęsta i już czuję, że mi poziom optymizmu opada.

Coraz częściej myślę o tym jak innym byłoby moje życie gdyby moja praca nie była (pośrednio) uzależniona od wzajemnych relacji kilkudziesięciu osób, a jedynie ode mnie, relacji pomiędzy mną a konkretną osobą, decyzji 1:1, przyrody i losu.
Bo dla mnie LOS oznacza siłę wyższą, niemożność wynikającą z obowiązujących przepisów prawnych lub ograniczeń naturalnych a nie fochy i humory kogoś na jakimśtam szczeblu BO TAK.

Tak, wiem - to nie jest właściwa definicja losu, ale jakoś nie umiem traktować ludzkiego widzimisię (wynikającego z wolnej woli) jako siłę wyższą.
Nie godzę się z takimi ograniczeniami i nie poddaję bez walki.
A wiem już, że los działa i poprzez takie sytuacje.

Kolejny temat do przerobienia.....
POKORA wobec ludzkich niedoskonałości.
Łoooooooooooooooooooooooj - będzie ciężko :)
skomentuj (0)
2012-04-27 09:54:03

Najtrudniejsze tematy potrzebują najwięcej miłości

Trudne tematy co jakiś czas poruszam z Kreseczką i z samą sobą.
Nie lubię udawać, że nie słyszę ani nie widzę czyjegoś smutku i strachu o zdrowie lub życie kogoś z najbliższych :(
One są.
I nawet jeśli TYM RAZEM to nie dotyczy bezpośrednio mnie - mam świadomość, że wcześniej czy później i na mnie przyjdzie czas.
Dlatego uczę się rozmawiać z bólem, który nadejdzie.
Uczę się wytrzymywać jego spojrzenie i wiecie co?
Im dłużej mi się udaje - tym bardziej zaczynam pojmować jego naturę, a im bardziej pojmuję jego naturę - tym bardziej to spojrzenie łagodnieje.
To już nie jest potwór, który chce mi odebrać siły witalne i chęć życia - to zmęczona brakiem zrozumienia Matka Natura, która musi wytrwać na stanowisku, choć wszyscy ją przeklinają i odpychają.

Matka nie krzyczy "ZDECHNIJ!", nie straszy "UMIERAJ" - ona szepcze "ZAŚNIJ KOCHANIE. JUŻ CZAS".
I ona WIE dlaczego TEN "czas" jest najbardziej właściwym czasem, tak jak wie to jej Stwórca.
Tak naprawdę różni nas tylko zrozumienie DLACZEGO AKURAT TERAZ, a nie za 10, 50, 80 lat???
Dlaczego nie wtedy kiedy MY byśmy chcieli, albo byli gotowi?

Pierwszy raz otarłam się o to zrozumienie kilka tygodni po śmierci mamy.
Siedziałam w szpitalu czekając na koleżankę kiedy zobaczyłam staruszkę wyraźnie dotkniętą demencją.
Patrzyłam na nią, na to co robi i pomyślałam z ulgą "Dziękuję Ci Boże, że dałeś mi zapamiętać moją mamę tak pięknie!"
Bo to jest NAJCENNIEJSZY SKARB!
Przynajmniej dla mnie.

Nigdy nie pisałam Wam o mojej babci Feli.
Nie pisałam, bo jej śmierć była trzecia w kolejności (po babuni Zosi i dziadku), a ze względu na stan psychiczny mojej babci była dla mnie na swój sposób najbardziej traumatyczna.
Babcia Fela była umieraniem.
Miałam 11 lat, a ona miała Alzheimera.
Patrzyłam jak traci pamięć, godność i osobowość.
Patrzyłam jak znika, a w jej miejsce wchodzi śmierdząca chowanymi w różnych miejscach lub wysmarowana ekskrementami staruszka o szalonym spojrzeniu coraz bardziej wyblakłych oczu (do dziś odrzuca mnie od szalonych spojrzeń Jacka Nicholsona i jemu podobnych).

Z punktu widzenia ówczesnego dziecka przez zbyt-wiele-miesięcy żyliśmy z kobietą, która widziała w nas jedynie morderców (ilekroć mama próbowała ją myć albo ulżyć w potrzebach fizjologicznych), trucicieli (kiedy mama stawała na głowie, żeby babcia cokolwiek jadła i zimą załatwiała spod ziemi truskawki), więzicieli (permanentnie próbowała uciekać "do domu" więc trzeba było w drzwiach wejściowych zamontować skomplikowane zamki, żeby nie umiała ich otworzyć)  - widziała w nas obce potwory, które istnieją tylko po to by się nad nią znęcać.
Żadnych wspólnych pogawędek, uśmiechów, żadnego przytulenia.
Pamiętam tylko jej krzyki, smród, wysuszone niejedzeniem ciało i to nieobecne spojrzenie.
Była taka silna... oblepione zmarszczkami kości, które z taką siłą się szarpały, odpychały, zapierały, że aż trudno uwierzyć :(
Całą sobą broniła się przed jakąkolwiek pomocą jednocześnie wrzeszcząc, zeby jej udzielić.
Taką ją zapamiętałam.

Minęło -dzieści lat, a ja wciąż na hasło "babcia Fela" nie umiem sobie przypomnieć o niej nic ciepłego, tylko mam przed oczami piekło tamtych miesięcy.

A zapytajcie mnie o mamę....
Mogłabym godzinami opowiadać o tym jaka była wspaniała, jak dzielna, jak mądra, jak wytrzymała, jak pogodna, jak życzliwa ludziom - chyba bez końca mogłabym o niej opowiadać z radością i dumą :)))

Patrząc na tamtą staruszkę w szpitalu podziękowałam Bogu za to, że mi zostawił właśnie takie wspomnienia o mamie.
Bo śmierć jest pisana każdemu z nas, cieleśnie żyjemy ledwie chwilę, a później żyją o nas wspomnienia.
Wspomnienia, które zachowują o nas inni i które później przekazują z pokolenia na pokolenie.
Wspomnienia, które podsumowują nasze życie na tej Ziemi i włączają nasz dawny byt w strumień zawsze żywego ISTNIENIA.
Jeśli są piękne - możemy się nimi otulać i możemy się nimi ogrzewać tak jakby to robili ci, których wspominamy.
Dzięki dobrym wspomnieniom możemy z radością kontynuować dzieło tych, których kochaliśmy i nasza miłość jest wciąż żywa :)

Gdyby w to miejsce pozostały nam wspomnienia odarte z piękna i miłości, a pełne bólu, smutku, wymęczenia i lęku - żylibyśmy w ciągłej rozpaczy , przerażeniu, zdegustowaniu i wycofaniu, a uczucie, które by zmarli nam po sobie pozostawili stałoby się żywym koszmarem :(
Czy warto za TAKĄ cenę życzyć sobie, by nasi ukochani żyli dłużej?
Ja już wiem, że nie.
Wiem, bo widziałam możliwą przyszłość mojej mamy i wiem, że z tej perspektywy jej odejście w tym momencie, w którym nastąpiło było dla mnie błogosławieństwem.
Nie żałuję, że nie widziała Kreseczki - bo wiem i czuję, że ją widzi :)
Nie żałuję, że mi przy niej nie pomagała, bo wiem i czuję, że mi wciąż pomaga :)
Chcę i dzięki pięknym wspomnieniom mogę ją wciąż tak samo mocno kochać - dlatego żyje we mnie, przy mnie i przeze mnie :D
Owoc rodzi owoc, więc OWOC wciąż istnieje.
Dlatego "miłość jest silniejsza niż śmierć" :)))

A ciężko jest kochać kogoś, kto na naszych oczach traci godność i całe człowieczeństwo przestając być KIMŚ...
Umrzeć za życia, umrzeć psychicznie - to jest przerażająca śmierć.
Ta druga jest łagodna jak matka.
I tak jak matka - prawie nigdy nie potrafi nam, głupiutkim dzieciom, wytłumaczyć czego swoją interwencją nam oszczędziła.
My widzimy tylko jak bardzo nas krzywdzi - z taką samą ignorancją uznając, że śmierć ciała jest końcem wszystkiego.
A NIE JEST...
skomentuj (0)
2012-04-26 11:51:59

Z cyklu "Cytaty, które czuję całą sobą"

Poranny spacer ze słuchawkami na uszach (wyjątkowo) przypomniał mi, że jeśli chodzi o relacje to:
"(...) I know how it hurts
When you lose the one you wanted
'Cause he's taking you for granted
And everything you had got destroyed(...)"

Beyonce "If I were a boy"

Na szczęście zmienia mi się środek ciężkości i ogniskowa i perspektywa i jakoś wszystko boli coraz mniej, a coraz bardziej motywuje do kolejnych zmian.
skomentuj (0)
2012-04-25 08:03:28